News

Wojna w Ukrainie. Rodzice zabitego żołnierza dalej popierają Putina. Reportaż z rosyjskiej wsi Komary – Polityka



To właśnie z tej przesiąkniętej krwią ziemi, z której bliżej do leżącego na Białorusi Witebska niż Moskwy, Siergiej Murawiew odbył swoją ostatnią podróż do Ukrainy.


Adoptowany jako dziesięciolatek przez rodzinę Archakowów wychował się w niemal całkowicie odizolowanych od świata Komarach. Wyboista, błotnista droga często jest nieprzejezdna, mieszkańcy nie mają gazu, a zasięg sieci komórkowej i internetu są ograniczone. Drewniane domy ogrzewają opalane drewnem piece, a wokół gospodarstw po błocie spacerują kury.


Siergiej Murawiew opuścił wioskę jako osiemnastolatek, by jako mechanik naprawiać transportery opancerzone. Dwa lata później sam wstąpił do armii.


– Zawsze marzył o byciu żołnierzem – mówi w rozmowie z brytyjską telewizją matka Murawiewa, Natalia Archakowa.


W Rosji wszyscy mężczyźni muszą przejść obowiązkową służbę wojskową. Z powodu niesławnej diedowszczyny, brutalnej przemocy dotykającej trafiających do koszar poborowych, wielu próbuje uniknąć służby przy pomocy łapówki.


– Ta myśl nigdy nawet nie przyszła mu do głowy – zapewnia Archakowa. – „Mamo, na pewno zostanę żołnierzem zawodowym” – mówił.



Rodzice zabitego: „Siergiożka zawsze był uczciwy”


22-letni Murawiew został wysłany do Kaliningradu, gdzie służył w 336 Gwardyjskiej Brygadzie Piechoty Morskiej. Stamtąd trafił do Ukrainy.


– Wiedzieliśmy. Nic więcej nie powiem. Ja wiedziałam – mówi jego matka. – Ostatnim razem, gdy do mnie zadzwonił, powiedział: „Mamo, awansowali mnie na starszego szeregowego”.


Niewiele wiadomo, co starszy szeregowy Murawiew robił w Ukrainie przed śmiercią. Jego rodzice dowiedzieli się o niej, kiedy na progu ich chaty pojawił się szef wojskowego biura meldunkowego z pobliskiego miasta.


– Nie da się tego opisać słowami – mówi w rozmowie z ITV matka Murawiewa.


Rodzinie powiedziano, że ich syn zginął 23 marca, niemal dokładnie miesiąc po tym, jak Władimir Putin ogłosił „specjalną operację wojskową” w celu „denazyfikacji i demilitaryzacji Ukrainy”. Zginął w Złotopolu w obwodzie zaporoskim, nad brzegiem Dniepru, na zachód od Mariupola i na północ od Krymu.


– Miał rany kręgosłupa i boku, ponieważ osłaniał zwykłych ludzi, swoich towarzyszy – przekonuje jego ojciec Wiktor. A matka zapewnia: – Sergiożka nigdy by się nie chował, nie za spokojnymi obywatelami, za nikim. Zawsze był bohaterem, opowiadał się za sprawiedliwością. Zawsze był uczciwy.



„Miło było zobaczyć, że Sergiożka zdobył taki szacunek”


Oficjalnie rosyjskie Ministerstwo Obrony twierdzi, że podczas wojny zginęło tylko 1351 rosyjskich żołnierzy. Ministerstwo Obrony Ukrainy szacuje tę liczbę na ok. 20 tys. Część z ciał nadal pozostaje w Ukrainie. „W przeciwieństwie do rodziny Archakowów wielu rosyjskich rodziców być może nigdy nie będzie mogło pochować swoich dzieci” – ocenia brytyjska telewizja.


Gdy ciało Siergieja Murawiewa zostało zwrócone rodzinie, przez pewien czas zostało wystawione na widok publiczny w miejscowym ośrodku kultury.


– Przychodzili pożegnać się z nim ludzie, którzy nawet go nie znali – wzrusza się ciotka zabitego żołnierza, Swietłana Czernecowa. – Bardzo miło było zobaczyć, że nasz Sergiożka zdobył taki szacunek. Wielu ludzi płakało, przyniosło kwiaty.


Nabożeństwo pogrzebowe Murawiewa odbyło się w cerkwi na maleńkim cmentarzu w Komarach. Jego grób jest cały w kwiatach, przesłanych od lokalnych urzędników i kombinatów rolniczych. Siergieja pochowano w rodzinnym grobie razem z dziadkiem, który też zginął w czasie wojny.


– Kiedy wybuchła Wielka Wojna Ojczyźniana, nasi dziadkowie bronili naszego kraju i świata przed nazistami – mówiła brytyjskiej telewizji ciotka zabitego żołnierza. – Kochamy naszą ojczyznę, tu się urodziliśmy. Tu żyli nasi dziadkowie i pradziadkowie. Bronili naszej ojczyzny, a teraz przyszła kolej na nasze dzieci, naszych synów, a w razie potrzeby – na nas.



W Komarach wierzą, że Zełenski mordował Rosjan


Kiedy matka Murawiewa była małą dziewczynką, jej matka powiedziała jej, że w czasie II wojny światowej Niemcy spalili wszystkie domy w wiosce. Wspomnienie tamtego koszmaru wciąż jest w Komarach żywe.


Dziś jedynym źródłem informacji jest rosyjska telewizja państwowa. Gdy Władimir Putin mówi, że wojna w Ukrainie to „specjalna operacja wojskowa” w celu uwolnienia Ukrainy od nazizmu, ludzie mu wierzą. Wielu Rosjan nie zdaje sobie sprawy, że wojna nie toczy się tylko w Donbasie, ale rozciąga się daleko na zachód kraju.


Telewizja państwowa chwali rosyjskich żołnierzy, którzy rzekomo uwalniają Ukraińców spod nazistowskiego rządu. Sufluje narrację, według której rząd Zełenski przez ostatnie osiem lat dokonywał „ludobójstwa” na rosyjskojęzycznych obywatelach Ukrainy.


Przy odcięciu od świata mieszkańcy wioski są łatwym łupem dla propagandy.


– Nie jestem politykiem, ale popieram operację specjalną – mówi ciotka zabitego. – Gdyby Putin nie zachowywał się w ten sposób, to może dziś w Rosji byłoby znacznie gorzej, niż jest teraz.


Czytaj też: „Gwałć Ukrainki, tylko się zabezpieczaj”. Dziennikarze dodzwonili się do rosyjskiego żołnierza i jego żony



„Kiedy ktoś prosi, Putin zawsze pomaga”


Region, w którym leżą Komary jest bardzo biedny. W okolicy biegnie gigantyczny rurociąg, który dostarcza gaz do Europy, ale mieszkańcy z niego nie korzystają. Choć zapewniają, że Putin zlecił Gazpromowi podłączenie ich do rurociągu.


Wierzą, że Putin się o nich troszczy, tak jak troszczy się o obywateli Ukrainy.


– Nasz prezydent zachowuje się tak, jak trzeba – mówi Swietłana. – Być może nie wszyscy obywatele Rosji we wszystkim się z nim zgadzają, ale Putin zawsze ma na celu nie zdobywanie terytorium, ale pomoc. Wszystkim udzielał pomocy humanitarnej. Kiedy ktoś prosi, zawsze pomaga.


Ta narracja jest też wpajana najmłodszym pokoleniom. Rosyjskich uczniów poproszono o pisanie listów do żołnierzy, w których zachęcaliby ich do „bohaterskiej” walki w Ukrainie.


Po śmierci 22-letniego Siergieja dzieci z miejscowej szkoły zachęcano do pisania do zmarłego „listów” i rysowania rysunków. Wśród nich jest czołg z rosyjską flagą pod uśmiechniętym niebem i statek, pomalowany w rosyjskie barwy z pociskami i przelatującymi nad nimi samolotami.


Ciotka Murawiewa, Swietłana, pracuje w lokalnym centrum kultury. Pytała nastolatków, którzy jeszcze nie poszli do ​​wojska, czy „boją się” wyjazdu do Ukrainy.


– P​owiedzieli mi: „Będziemy bronić naszej ojczyzny. Nasi dziadkowie zginęli i my też będziemy walczyć o pokój” – relacjonuje.



„Musimy wierzyć, że Siergiej nie zginął na marne”


Dla mieszkańców Komarowa „małą ojczyzną” jest kilka wiosek połączonych błotnistą, wyboistą drogą. Archakowowie nigdy nie zabrali swoich dzieci poza te kilka wsi, nawet do Smoleńska, oddalonego o cztery godziny jazdy. Nigdy nie byli w Moskwie.


Ich Rosja i Rosja Władimira Putina bardzo się różnią.


W kwietniu kupki śniegu wciąż topnieją w okolicy grobów Siergieja i jego dziadka. Obaj mężczyźni zostali wysłani na wojnę toczoną w imię walki z faszyzmem i rodzina nie ma wątpliwości, że obaj zginęli za słuszną sprawę.


– Musimy wierzyć, że Siergiej nie zginął na marne – mówi Swietłana Czernetsowa.


Czytaj też: Czytaj też: „To nie fake news, to mój syn!”. Rozpoznała w rosyjskim jeńcu swojego syna



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close