News

Wojna Ukraina – Rosja. Zwierzęta z Ukrainy też mają PTSD – Nauka



To tylko trzy boksy z długiego szeregu na terenie należącym do stowarzyszenia Pogotowie dla Zwierząt. Organizacja, która na co dzień odbiera właścicielom zwierzęta głodzone, zaniedbane, posyłane na walki psów, dziś pomaga psom i kotom z Ukrainy. To też wojenni uchodźcy, którzy stracili dach nad głową. Do Polski przyjechały ich tysiące, ale miliony zostały na Ukrainie, w zbombardowanych, opuszczonych przez ludzi miastach, pozostawione przed dworcami kolejowymi czy na granicy lub chowające się z właścicielami w piwnicach i stacjach metra. Cierpią tak samo jak ludzie.



Na granicę i z powrotem


Psy i koty, które dotarły do azylu Pogotowia dla Zwierząt w Kuflewie koło Mińska Mazowieckiego, miały szczęście. Ktoś na Ukrainie, w wojennej gorączce, pomyślał o ich losie. – Do tej pory zabezpieczyliśmy 150 ukraińskich zwierzaków, przewozimy je transportem humanitarnym. Tak najłatwiej przekroczyć granicę – opowiada Kinga Żelewska z Pogotowia dla Zwierząt. Zazwyczaj zwierzęta dostarczane są pod granicę przez pracowników schronisk ukraińskich, które znalazły się w zasięgu działań wojennych, ale przyprowadzają je też prywatni właściciele. – Na przykład sukę Emmę właścicielka przywiozła pod granicę, a sama wróciła do Kijowa walczyć – mówi Żelewska.


Zwierzęta są w bardzo złym stanie psychicznym. – Przerażone nie tylko utratą właściciela, ale też transportem, nieznanym miejscem, zamianą domowej kanapy na boks czy klatkę w schronisku. Większość z nich to zwierzaki domowe. Widać, że ktoś o nie dbał. Umieją chodzić na smyczy, wyją z tęsknoty za człowiekiem, koty garną się do głaskania – opowiada Katarzyna Cabańska, opiekunka kocich pensjonariuszy w azylu.


Wszystkie potrzebują pomocy psychologicznej. Stres u zwierząt domowych zaczyna się nie wtedy, kiedy tracą dom, ale dużo wcześniej. Wystarczy, że właściciele zaczynają się bać. Psy i koty chłoną nasze emocje jak gąbki i ma to długofalowy wpływ na ich gospodarkę hormonalną, dowiodła dr Ann Sofie Sundman ze szwedzkiego uniwersytetu w Linköping. Uczona zaprosiła do eksperymentu 58 właścicielek psów wraz z ich pupilami (były to psy rasowe, głównie border collie i owczarki szetlandzkie). Od wszystkich pobrała próbki włosów i oznaczyła w nich stężenie kortyzolu. Okazało się, że poziom tego hormonu stresu u psów rósł i opadał dosłownie chwilę po tym, jak zmieniał się jego poziom u ich właścicielek.


Czytaj też: Jeże przeciwczołgowe. Ta prosta konstrukcja może zatrzymać rosyjskie wozy bojowe


To zjawisko było na tyle charakterystyczne, że naukowcy nazwali je „zarażaniem się” stresem. Co ciekawe, zachodzi ono tylko w jedną stronę Linköping od ludzi do psów. Naukowcy nie znaleźli dowodów na to, aby podwyższony poziom kortyzolu u psów zmieniał poziom tego hormonu u ludzi.


Nikt nie badał efektu zarażania się lękiem i stresem w warunkach wojny, ale testy prowadzone na University of Nebraska wykazały, że do synchronizacji poziomu kortyzolu między psem a właścicielem dochodzi także w czasie zawodów agility, podczas których udział w konkurencjach biorą wspólnie pan ze swoim pupilem. Interakcja jest jasna: kiedy człowiek się denerwuje, w organizmie psa zachodzą reakcje świadczące o tym, że u niego również poziom stresu rośnie.


Koty nie są mniej niż psy wrażliwe na nastroje właściciela, wykazała dr Lauren R. Finka z University of Lincoln w Anglii. Z badania, które przeprowadziła z udziałem kilkuset właścicieli kotów, wynika, że im wyższy poziom lęku u właściciela, tym wyższy poziom lęku, a nawet agresji, u kota.



Chore ze stresu


Podwyższony poziom hormonów stresu u zwierząt domowych szybko prowadzi do problemów zdrowotnych. – Ale to koty częściej niż psy reagują zaburzeniami somatycznymi na trudne sytuacje domowe czy zewnętrzne Linköpin – mówi Katarzyna Cabańska. Doskonale widać to było podczas pandemii, kiedy właściciele kotów, zazwyczaj spędzający dnie w pracy, nagle zaczęli pracować z domu, przenosząc do niego nie tylko zawodowy stres, ale i lęk o swoje zdrowie i życie. Chcąc sprawdzić, jak to wpłynęło na koty, angielska fundacja Cats Protection po pierwszych 18 miesiącach pandemii zebrała dane z klinik weterynaryjnych na temat zdrowia tych zwierząt. Okazało się, że znacznie wzrosła liczba kotów trafiających do weterynarza głównie z powodu chorób układu moczowego – u kocurów kamieni moczowych, a u kotek zapalenia pęcherza.


Koty to zwierzęta niezwykle przywiązane do codziennego rozkładu dnia, który zapewnia im poczucie bezpieczeństwa, a objawy chorobowe może u nich wywołać stres spowodowany nawet niewielkim zaburzeniem rutyny. Naukowcy z Ohio State University obserwowali 12 kotów zdrowych i 20 ze zdiagnozowanym śródmiąższowym zapaleniem pęcherza moczowego. Zauważyli, że kiedy do kotów podchodził inny niż zwykle opiekun albo z różnych przyczyn później dostawały jedzenie, u chorych zwierząt objawy nasilały się, pojawiały się też u zdrowych. – Takie zakłócenia w codziennym środowisku mogą sprawić, że zdrowy kot zacznie odczuwać stres i w rezultacie zachowywać się jak chory. Nie będzie chciał jeść, zacznie wymiotować i częściej oddawać mocz – mówi prof. Tony Buffington, współautor badania.


Skoro wiele kotów pochorowało się ze stresu w pandemii, aż trudno sobie wyobrazić, jak cierpią w wojennych transportach albo pozbawione swojego domu. Problem w tym, że po kocie aż tak nie widać stresu jak po energetycznym i zazwyczaj mocno ekstrawertycznym psie. Większość ukraińskich kotów, które trafiły do Pogotowia dla Zwierząt, wyglądało na perfekcyjnie spokojne. Jedna tylko kotka nie dawała się dotknąć, gryzła i drapała spod krzesła. – Obserwujemy uważnie wszystkie, bo wciąż nie jesteśmy pewni, czy nie pochorują się od nadmiaru negatywnych przeżyć – martwi się Katarzyna Cabańska.


Psom, które miały kontakt z działaniami wojennymi, z wybuchami, strzelaniną, grożą poważne zaburzenia psychiczne, włącznie ze zespołem stresu pourazowego. W latach 2010-2014 amerykański weterynarz, dr Walter F. Burghardt z wojskowego szpitala w San Antonio w Teksasie, obserwował około 50 psów, 10 proc. wszystkich, które razem z wojskiem USA pojechały na wojnę w Iraku i inne misje militarne. Wszystkie miały objawy PTSD. U psów widać to przede wszystkim w zaburzeniach zachowania. Jedne zwierzęta stają się pobudzone, nerwowe, a nawet agresywne, a inne wycofane i zalęknione. Bardzo wiele ma problemy z wykonywaniem poleceń, do których zostały przeszkolone. Te psy musiały zostać otoczone specjalną opieką i nie nadawały się już do kolejnych misji.



Te, które zostały


Organizacje pomocowe są w pełnej gotowości do przyjmowania kolejnych zwierzęcych uchodźców z Ukrainy. – Na razie nie ustalamy żadnego limitu przyjęć. Ile zwierząt będzie potrzebowało pomocy, tyle weźmiemy. I będziemy pracować nad poprawą ich losu oraz znalezieniem im nowych domów – zapowiada Kinga Żelewska z Pogotowia dla Zwierząt.


Schronienie w Polsce znajdują też zwierzęta gospodarskie oraz pochodzące z ogrodów zoologicznych. Na początku marca do zoo w Poznaniu dotarły egzotyczne zwierzęta z prywatnego azylu pod Kijowem. Jak opowiada Małgorzata Chodyła, rzeczniczka poznańskiego zoo, w czasie transportu samochody z lwami, tygrysami i karakalami zostały ostrzelane. Zwierzęta przyjechały do Poznania w olbrzymim stresie, ale nakarmione i pozostawione w spokoju dochodzą do siebie.


Gorzej z tymi zwierzętami, które na naszą granicę nie dotrą. Błąkają się po ukraińskich miastach i wsiach. Te, które uciekły z domów, na odgłos strzałów czy wybuchów mogą mieć ogromny problem z powrotem do właścicieli, o ile oni również nie uciekli. Zwierzęta nie są bowiem tak dobre w odnajdywaniu drogi do domu, jak przywykliśmy myśleć. Mają z tym problem zwłaszcza w miastach, gdzie jest mnóstwo hałasu i różnorodnych zapachów albo – jak na Ukrainie – strzałów, wybuchów, gruzowisk. W takich miejscach zwierzęta gubią się bardzo łatwo, a odnalezieniu drogi nie pomaga przerażenie i dezorientacja.


Większość z nich pewnie zginie. Domowe zwierzęta nie potrafią bowiem z dnia na dzień przestawić się na samodzielne zdobywanie pokarmu. Może poradzą sobie psy, ale na pewno nie koty. – Co prawda nie oduczyły się polować, ale te okazjonalne polowania nie zaspokoją apetytu zwierząt, którym do tej pory człowiek dawał jedzenie – mówi Katarzyna Cabańska.


Psy prędzej czy później zaczną formować watahy polujące na inne zwierzęta. Odwołają się do swojej wilczej natury i obudzą w sobie instynkt łowiecki. Takie watahy obserwuje w Polsce od lat dr Izabela Wierzbowska z Grupy Badań Łowieckich i Ochrony Przyrody Uniwersytetu Jagiellońskiego. W rozmowie z PAP opowiadała, że zdziczałe psy szybko zaczynają szukać swojego towarzystwa i wspólnie polować. Nie potrafią jednak tak skutecznie zabijać jak wilki, zazwyczaj są też od nich mniejsze, więc często tylko gryzą i ranią zwierzęta, które usiłują upolować. Jedzenia z tego nie ma zbyt wiele, ale za to jest coraz większy głód, frustracja i agresja.


Jak wielkim problemem mogą być zdziczałe psy, doskonale wie prof. Enrique Zerda z Narodowego Uniwersytetu Kolumbii. Hordy zdziczałych psów są w tym kraju ogromnym problemem od lat 50. XX wieku, kiedy wielu ludzi polowało z psami, a te notorycznie się gubiły w dżungli. Po latach utworzyły watahy, które wypierają dzikie zwierzęta, podbierają rolnikom owce, roznoszą groźne choroby, w tym wściekliznę, a wśród ludzi wzbudzają przerażenie większe niż puma czy niedźwiedź.


Czytaj też: „Boję się, że miejsca, z którymi wiążą się moje wspomnienia, zmieniły się w gruzy”



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.