News

Spory w Zjednoczonej Prawicy, Solidarna Polska, Krajowy Plan Odbudowy – Polityka



Mimo wojny tuż koło naszych granic, wyzwań związanych z koniecznością ułożenia życia milionów ukraińskich uchodźców w Polsce, drożyzny, kłopotów kredytobiorców polska polityka znów przez cały dzień krążyła wokół Zbigniewa Ziobry. Od porannej konferencji prasowej szefa resortu sprawiedliwości, do wieczornego posiedzenia klubu PiS na Nowogrodzkiej.



Oferta kompromisu jak wypowiedzenie wojny


Na zaczynającej polityczną środę konferencji minister sprawiedliwości zadeklarował w imieniu swojej partii „gotowość do kompromisu” w kwestii prezydenckiego projektu ustawy o Sądzie Najwyższym, próbującego rozwiązać kwestię Izby Dyscyplinarnej. Tę ofertę porozumienia można skomentować tylko słowami, że jeśli tak wygląda Ziobro deklarujący chęć współpracy, to lepiej nie wiedzieć, jak wygląda, gdy wchodzi z kimś w konflikt. Propozycja porozumienia była bowiem mniej więcej tak koncyliacyjna, jak mowa odchodzącego ze stanowiska prezesa Banku Zbożowego Nikodema Dyzmy, który żegnał się z pracownikami słowami: „i wiem, że przyjdzie tu taki, co weźmie i spieprzy wszystko to, co ja zrobiłem”.


Ziobro, deklarując gotowość do kompromisu, przypuścił frontalny atak na premiera Morawieckiego. Zaczął od odgrzania konfliktu z końca 2020 roku, gdy Solidarna Polska próbowała wymusić na premierze zawetowanie unijnego budżetu – wszystko po to, by nie dopuścić do wprowadzenia mechanizmu „pieniądze za praworządność”, pozwalającego na wstrzymywanie europejskich funduszy państwom, gdzie korupcja i bezprawie nie dają gwarancji ich prawidłowego wydatkowania.


SŁUCHAJ PODCASTU: Dlaczego nawet w PiS nie lubią Adama Glapińskiego?


Premier, choć trzymał wszystkich w napięciu do ostatniej chwili, budżet ostatecznie zaakceptował. Ziobro mówił wtedy o „miękiszonach” niezdolnych postawić się Brukseli, wydawało się, że Solidarna Polska może wyjść z koalicji. Nie wyszła, ale konflikt o relacje z Europą nieustannie dzieli rząd. Prezydent i premier i chcą przynajmniej wykonać jakiś gest wychodzący naprzeciw oczekiwaniom Komisji Europejskiej, co odblokowałoby środki z KPO dla Polski. Ziobro i jego drużyna przez ostatnie miesiące robili wszystko, by to uniemożliwić, a przynajmniej maksymalnie utrudnić.


Widzieliśmy to przy okazji prac nad prezydencką ustawą o SN. Solidarna Polska złożyła do niej szereg poprawek, które były z kolei trudne do zaakceptowania dla partnerów ze Zjednoczonej Prawicy. Ziobro za całą sytuację obwinia – zero zaskoczenia – premiera. Jak twierdził lider Solidarnej Polski, jego partia jest gotowa do współpracy, prezydent też rozumie potrzebę kompromisu, tylko premier ciągle mówi „nie”. Choć chyba problemy z propozycjami ziobrystów ma nie tylko premier. Kilka godzin po konferencji Ziobry, wszystkie poprawki SP zgłoszone do prezydenckiej ustawy zostały odrzucone na sejmowej komisji sprawiedliwości. Jej członkowie z PiS wstrzymali się od głosu, co pozwoliło opozycji przegłosować ziobrystów.



Ziobryści jak ropucha szara, PiS jak zaskroniec


Co na to Solidarna Polska? Słuchając Ziobry na konferencji w środę rano, można było odnieść wrażenie, że przemawia lider poważnej siły politycznej, realny koalicjant Kaczyńskiego, mogący słusznie rościć sobie prawa do faktycznego współkierowania najbardziej strategicznymi decyzji całego obozu Zjednoczonej prawicy. Tymczasem Ziobro jest liderem mikropartii, która nigdy samodzielnie nie wystartowała w wyborach parlamentarnych z sukcesem w postaci przekroczenia progu. Gdy próbowała startować samodzielnie w wyborach europejskich w 2014 roku, zdobyła niewiele ponad 280 tys. głosów. Najnowszy sondaż preferencji politycznych szacował jej poparcie na poziomie 0,7 proc.


Dlaczego więc Ziobro i jego partia zajmują tak wiele miejsca w polskiej polityce? Odwołajmy się do porównania ze światem natury. Ropucha szara, najbardziej pospolita w Polsce, gdy staje w obliczu zagrożenia przez jednego z niewielu jej naturalnych wrogów, zaskrońca, wciąga powietrze i nadyma się do maksymalnych rozmiarów. W efekcie wąż ma problem z tym, by połknąć ropuchę, płaz dosłownie staje mu w gardle – i to może uratować ropusze życie. Podobnie Solidarna Polska: nadyma się, maksymalnie tak, by PiS nie mógł jej politycznie pożreć.


Przy tym o ile ropucha realnie zwiększa swój rozmiar, to nadymanie się Solidarnej Polski jest głównie psychologicznym efektem. Gdyby ktoś w PiS zdecydował się sprawdzić blef Ziobry, mogłoby się to skończyć dla niego polityczną anihilacją. Premier Kaczyński nigdy jednak nie powiedział Ziobrze „sprawdzam”, mimo tego, że co najmniej od weta prezydenta do ustaw „reformujących” sądownictwo jest on trwałym źródłem politycznych kłopotów Zjednoczonej Prawicy.


CZYTAJ TEŻ: Ziobrę trzeba mieć w rządzie albo trzeba go zamknąć


Czemu Kaczyński nie przekuł balonu Ziobry? Bo Ziobro, demolując niezależne sądownictwo, realizuje też projekt Kaczyńskiego. Bo lider PiS nie potrafi już normalnie rozmawiać z opozycją i nie ma dla sojuszu z Solidarną Polską żadnej alternatywy, poza koszmarem rządu mniejszościowego albo ryzykiem wcześniejszych wyborów.



Słony rachunek za harce Ziobry


Efektem jest to, że co kilka miesięcy w rządzącej koalicji powtarza się ten sam scenariusz: Ziobro odmawia poparcia ważnej dla PiS ustawy, atakuje premiera, PiS chodzi wokół lidera Solidarnej Polski na palcach, by przekonać go do zmiany zdania. Media pełne są spekulacji: o możliwym rozpadzie koalicji, wcześniejszych wyborach, złości Kaczyńskiego na ziobrystów. Na Nowogrodzką zjeżdżają się notable PiS, dziennikarze sprawdzają czy pojawia się też Ziobro, spekulują co mogłaby znaczyć jego ewentualna nieobecność. Ostatecznie jednak koalicjanci jakoś się dogadują: do czasu następnego kryzysu.


Wszystko to widzieliśmy raz jeszcze w środę. Po wieczornym spotkaniu na Nowogrodzkiej marszałek Terlecki i rzeczniczka PiS Anita Czerwińska poinformowali dziennikarzy, że koalicja się nie rozpada, sejmowa komisja ma wrócić w czwartek do prac nad prezydencką ustawą o SN, a Sejm ma w czwartek przegłosować wybór Adama Glapińskiego na kolejną kadencję – jak można było zrozumieć, przy poparciu Solidarnej Polski. PiS będzie też bronił Ziobry przed wotum nieufności, złożonym wspólnie przez całą opozycję demokratyczną – choć przynajmniej premier Morawiecki i jego ludzie odetchnęliby z ulgą, gdyby dłużej nie musieli współpracować z liderem Solidarnej Polski. Jeśli jednak taka decyzja zapadnie, to Kaczyński podejmie ją sam, nie pod naciskiem opozycji.


CZYTAJ TEŻ: Opozycja składa wniosek o wotum nieufności dla Ziobry


Opozycja, składając wniosek o odwołanie Ziobry, wygrywa krótkoterminowo, niezależnie od wyniku. Bo jeżeli Kaczyński nie zbierze większości i Ziobro upadnie, będzie to potężny cios dla politycznej wiarygodności całego układu rządowego i być może początek jego szybkiego rozpadu. Jeśli zaś Ziobro przetrwa, co znacznie bardziej prawdopodobne, PiS będzie zmuszony płacić polityczny rachunek za jego obecność w rządzie. Jak przypomniał niedawno Donald Tusk, jest to rachunek bardziej słony niż za czereśnie. To upór ziobrystów blokuje 770 mld zł dla Polski, jakie należą się nam z europejskiego Funduszu Odbudowy – minus ponad 800 mln zł kary, jakie już nam się naliczyły za to, że od listopada 2021 roku, gdy TSUE wydało zobowiązującą nas do tego decyzję, nie zlikwidowano Izby Dyscyplinarnej. Kara wynosiła 1 milion euro dziennie.


Fakt, że polityk o tak mikroskopijnym poparciu jak Ziobro kosztuje nas tak wielkie pieniądze, jest absolutnym kuriozum schyłkowego PiS. Dawno należało już przerwać tę kosztowną farsę. Opozycja już teraz – niezależnie od tego co w końcu PiS z Ziobrą ustalą w sprawie poparcia dla kolejnej reformy SN – powinna przygotowywać na przyszłe wybory narracje, które pozwolą obciążyć politycznym rachunkiem za trzeciorzędny cyrk, kosztowny jak hollywoodzka superprodukcja, odpowiedzialne za niego osoby. Z prezesem Kaczyńskim na czele.


CZYTAJ TEŻ: Rachunek za Ziobrę będzie słony



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close