News

Rocznica wybuchu powstania w getcie. Czy potrzebne były syreny? – Opinie




Chodziło o przykrycie Smoleńska?


Dlaczego więc syreny rozbrzmiały w stolicy? Decyzję o włączeniu systemu alarmowego podjął wojewoda mazowiecki, Konstanty Radziwiłł. Polityk obozu władzy, wcześniej pełniący funkcję ministra zdrowia.


Radziwiłł włączył też warszawskie syreny trochę ponad tydzień temu, w rocznicę katastrofy smoleńskiej. Wtedy minister spraw wewnętrznych, Mariusz Kamiński, wydał polecenie włączenia syren w całej Polsce o 8:41, o godzinie, gdy samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie rozbił się koło smoleńskiego lotniska. „Pamiętamy o tych, którzy 12 lat temu chcąc upamiętnić poległych w Katyniu, sami zapłacili najwyższą cenę” – uzasadniał swoje polecenie.


Decyzja Kamińskiego powszechnie była krytykowana jako pozbawiona wyobraźni i empatii. Polecenie ministra w imię partyjnego kultu Smoleńska wystawiało przebywających w całym kraju uchodźców z Ukrainy na potencjalnie traumatyzujące doświadczenie. Syreny dla upamiętniania katastrofy w Smoleńsku uruchamiano już oczywiście w poprzednich latach, ale w tym roku sytuacja była na tyle wyjątkowa, że naprawdę można było się zastanowić nad innymi formami upamiętnienia. Tym bardziej, że nie mieliśmy do czynienia z jakąś wyjątkową, okrągłą rocznicą katastrofy.


Samorządowcy z wielu miejsc Polski – Katowic, Gdańska, Poznania, Warszawy – powołując się na dobrostan ukraińskich uchodźców zaprotestowali przeciw decyzji rządu. Wielu z nich zapowiedziało, że podległych im systemów alarmowych nie uruchomi. Protest został zignorowany przez rząd. Tam, gdzie samorządowcy nie chcieli włączyć syren, zrobili to wojewodowie: tak było w Śląskim, Pomorskim i w stolicy. Władza tłumaczyła, że uchodźcy dostali smsa tłumaczącego kontekst i że problemu z traumą nie będzie.


Czytaj też: Bojowniczki getta Niemcy nazywali „dzikuskami”. „Wykraczały poza ich horyzont rozumienia człowieka”


Teraz ta sama dyskusja wraca przy okazji rocznicy powstania w getcie – jednej z najbardziej traumatycznych, drama­tycznych rocznic w historii Warszawy, polskich Żydów i państwa polskiego. Można zastanawiać się, czy decydując się włączyć syreny wbrew stanowisku takich instytucji jak Muzeum Historii Żydów Polskich Polin i władz lokalnych Radziwiłł wykazał się tylko brakiem wyczucia i empatii czy czymś jeszcze. Czy nie chodziło o to, by „przykryć” sprawę uruchomienia syren z 10.04. i jakoś dodać legitymacji temu, jak władza zdecydowała się upamiętnić rocznicę Smoleńska? Na zasadzie: skoro upamiętniamy w ten sposób powstanie w getcie, to dlaczego nie inną narodową tragedię? Bliscy rządowi liderzy opinii na Twitterze od rana, jak na komendę, pytają, „gdzie są krytycy włączenia syren 10.04? W tę rocznicę hałas im nie przeszkadza?”. Celem mogło być też to, by przenieść niechęć do uruchomienia syren z organizatorów obchodów katastrofy w Smoleńsku na organizatorów rocznicy powstania w getcie.


Sam fakt, że musimy zastanawiać się nad podobnymi scenariuszami, w kontekście tak dramatycznej rocznicy jak 19.04., pokazuje jak nisko upadło nasze życie publiczne pod rządami PiS.



A może prawica nie potrafi inaczej?


Jest jeszcze jedna możliwość. Być może układ rządzący nie miał złych intencji, chciał dobrze, a syreny włączył, bo prostu nie potrafi inaczej. Bo upamiętniać znaczy dla niego: głośno i monumentalnie.


Nasz rząd uwielbia przecież parady wojskowe, marsze, masowe spędy i tym podobne formy upamiętniania. Polak ma pamiętać nie prywatnie, ale tłumnie, czy to ustawiając się trasie parady wojskowej 15.08., biorąc udział marszobiegu śladami żołnierzy wyklętych 1.03., czy maszerując w rocznicę katastrofy smoleńskiej.


Treści bliskiej władzy polityki historycznej mają być wręcz wykrzykiwane – nie ma tu miejsca na żadne niuanse i subtelności. Najlepiej widać to w oczekiwaniach formułowanych na łamach prorządowej prasy wobec kina historycznego: ma być plakatowo, głośno, heroicznie, patriotycznie, jednoznacznie, stereotypowo, „hollywoodzko” – przy czym w fantazjach prawicowych autorów często jest to Hollywoodzkość mniej więcej z lat 80., bo współczesna jest dla nich już zbyt politycznie poprawna i artystycznie zawiła.


Zjednoczona Prawica kocha też monumenty, mające pokazywać całemu narodowi, że władza jest kustoszem historii, depozytariuszem narodowej pamięci, której przyznaje szczególne miejsce w sferze publicznej. Stąd wszystkie wielkie projekty muzealne, pomniki Lecha Kaczyńskiego w kolejnych miastach w Polsce, pomnik katastrofy smoleńskiej na przejętym prawem kaduka od miasta Placu Piłsudskiego w Warszawie czy planowana odbudowa Pałacu Saskiego.


Ten PiS-owski monumentalizm jest przy tym tyleż głośny, co nieudolny. Nie powstał żaden wymarzony przez autorów „Sieci” „hollywoodzki film o historii Polski”. Kluczową, setną rocznicę polskiej niepodległości władza w zasadzie przespała. Nie udało się zorganizować żadnych jednoczących społeczeństwo zbiorowych obchodów, prezydent z premierem w końcu przyłączyli się do marszu skrajnej prawicy. Wielkiego muzeum, które miało być otwarte w setną rocznicę bitwy warszawskiej 1920 roku nie ma do dziś. Z koncepcji agresywnej, ekspansywnej, głośnej i monumentalnej polityki pamięci zostają bojowe wpisy na facebookowym profilu IPN, obchody smoleńskie i włączanie syren w momentach, gdy nikt sobie tego nie życzy.



Mniej czasem naprawdę znaczy więcej


Cisza w obie rocznice – 10. i 19.09. – wybrzmiałaby o wiele bardziej wymownie w kontekście toczącej się tuż u naszych granic wojny niż wycie syren. Pusty Plac Piłsudskiego, świadectwo dramatycznej historii Warszawy i nieodwracalnych zniszczeń w materialnej i ludzkiej tkance miasta, jest o wiele bardziej wymownym upamiętnieniem polskiej historii, niż kosztowna rekonstrukcja Pałacu Saskiego. Plac byłby jeszcze bardziej dramatycznym świadectwem przeszłości, gdyby nie zastawiono go kolejnymi obiektami: krzyżem papieskim, pomnikiem ofiar katastrofy smoleńskiej, wreszcie pomnikiem Lecha Kaczyńskiego.


W setną rocznicę swojej niepodległości Finowie, zamiast wojskowych parad, pomników i tym podobnych zafundowali sobie supernowoczesną bibliotekę z centrum medialnym i przestrzenią warsztatową. Dramatycznie kontrastowało to z postawą rządu PiS, który w rocznicowym okresie 2018-20 miotał się między kolejnymi napędzanymi przez gigantomanię krzykliwymi projektami, a całkowitą nieudolnością w ich realizacji.


Biorąc to pod uwagę, być może także w swoim dobrze pojętym interesie, obóz władzy powinien zrozumieć, że mniej często znaczy w polityce pamięci więcej, a cisza bywa znacznie bardziej wymowna niż wycie syren i pokrzykiwania na miesięcznicach.


Czytaj też: Dwór Kaczyńskiego wygląda groteskowo. Można by sobie tym głowy nie zawracać, gdyby nie jeden fakt



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.