News

Recenzja. „Wiking” to jeden z najbrutalniejszych filmów, jakie powstały w Hollywood – Kultura




Brutalność nie pasuje


A Hollywood lubi takie historie: „Wikingowie” (1958), „Trzynasty wojownik” (1999), „Beowulf” (2007) czy „Outlander” (2008). Wojowników oglądamy jednak zazwyczaj w ugrzecznionej wersji – nie liczy się prawda historyczna, tylko atrakcyjna albo romantyczna przygoda (w animacjach z serii „Jak wytresować smoka” stawką jest międzygatunkowa przyjaźń). Popkultura skrupulatnie pracuje na poprawę PR tych brutalnych ludów, które zasłynęły przecież w Europie tym, że grabili, gwałcili i mordowali z okrucieństwem. Dlaczego współcześni twórcy nie chcą o tym pamiętać?


Oczywiście, chodzi głównie o pieniądze. Dosłowne obrazy przemocy w filmie to mniej widzów, a więc mniejsze zyski. Wchodzący właśnie do naszych kin „Wiking” ma w USA kategorię wiekową R, co oznacza, że nie mogą go oglądać bez opiekunów widzowie poniżej 17. roku życia. Czyli ci najbardziej zainteresowani filmami wypełnionymi akrobacjami, pojedynkami i efektami specjalnymi, których w „Wikingu” nie brakuje (budżet wyniósł 90 milionów dolarów, część tych pieniędzy wyłożył sam Skarsgård jako jeden z producentów).


No a poza tym z bohaterami, za którymi stoją szczytne idee, łatwiej podążyć, o czym przekonała się ekipa serialu stacji History „Wikingowie” (2013-2020). Nordyccy wojownicy zostali w nim pokazani jako postępowi globtroterzy uznający nie tyle siłę, co mądrość – również kobiet. Popularność serialu była tak duża, że gdy w 2018 roku byłem na planie szóstego sezonu w Irlandii Północnej, aktorzy opowiadali mi, że jeszcze pięć lat wcześniej byli anonimowi, a teraz ludzie z całego świata wysyłają im przez media społecznościowe zdjęcia z tatuażami z ich podobiznami czy z fryzurami na modłę tych, które noszą ich bohaterowie.


Alexander Skarsgård obserwował, jak stopniowo anglosaska popkultura zawłaszcza wikingów i coraz bardziej marzył o tym, by przypomnieć wszystkim, jacy byli naprawdę.


W nordyckich mitach i legendach zakochał się jako dziecko. Zmuszał rodzeństwo do odgrywania scen z życia wikingów i ich bogów. Otoczenie patrzyło na to wszystko z niepokojem, bo w uporządkowanej Szwecji fascynacja wszelkiego typu przemocą uchodzi za coś niewłaściwego. I choć wikingowie uważani są za dobro kulturowe Skandynawii, to sami Skandynawowie niechętnie o nich przypominają. A przynajmniej nie o ich prawdziwej naturze.


– Szwecja, która ma bardzo przemyślaną oficjalną strategię wizerunkową, tym dziedzictwem się nie chwali. Obraz wikinga po prostu nie pasuje do współczesnych wartości, za pomocą których Szwecja chce się promować – mówi „Newsweekowi” Paulina Rosińska z Zakładu Skandynawistyki Uniwersytetu SWPS. – Również przypisywana wikingom wojowniczość i brutalność zupełnie rozmija się z obrazem Szwecji jako kraju, który od 1814 roku nie prowadził wojen, a w XX i XXI wieku stara się działać na rzecz pokoju – tłumaczy.


Czytaj też: Olivia Colman: „Konieczność zabiegania o dobry wygląd jest dla mnie poniżająca”



Ocieplanie wojowników


Problemem jest też to, że epoka wikińska i sposób jej opisu służyły w Szwecji pobudzaniu nie tylko postaw patriotycznych, ale nacjonalistycznych. – Gdyby zapytać Szwedów, jaką rolę dziedzictwo wikingów odgrywa dzisiaj, wielu odpowie, że kojarzy im się to z nurtami nacjonalistycznymi, z tym, że pewne ugrupowania szukają takich pranordyckich korzeni, do których mogłyby się odwołać – mówi Paulina Rosińska.


Szwedzi więc niby irytują się, że Amerykanie zawłaszczają ich mitologię, ale tak naprawdę korzystają na ocieplaniu wizerunku wikingów przez Hollywood i sami próbują iść w podobnym kierunku, by definitywnie przejąć narrację o wojownikach z rąk nacjonalistów.


– Szwedzi chcą zerwać z brutalnym obrazem wikinga, tworząc nowe, oficjalne narracje. Opierając się na nowych znaleziskach archeologicznych, argumentują, że najazdy i grabieże – powszechnie kojarzone z wikingami – stanowiły zaledwie wycinek ich aktywności. Na współczesnych wystawach podkreśla się takie elementy jak prowadzona przez nich wymiana handlowa, przenikanie się kultur, wymiana materialnych i niematerialnych dóbr, osiągnięcia rzemiosła, znacząca rola kobiet w społeczeństwie wikińskim – czyli w pewien sposób próbuje się tam doszukać praźródeł współczesnych wartości – tłumaczy Paulina Rosińska.


Marząc o filmie, który pokaże prawdę o życiu wikingów, szedł więc Alexander Skarsgård pod prąd zarówno hollywoodzkim modom, jak i szwedzkim tendencjom. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na żadne potknięcie. I zaczął studiować literaturę, dokumenty na temat codzienności wikingów, w czym pomogła mu pandemia – w jej trakcie „Dzieci popiołu i wiązu”, opasłe dzieło opisujące rytuały, zwyczaje i wierzenia z czasów wikińskich, przeczytał kilkanaście razy. Otoczył się także ekipą, która – jak on – była nieustępliwa i zaangażowana.


– Nigdy nie chciałem kręcić filmu o wikingach. Uważałem ich za brutali, którzy nie mają nic ciekawego do zaoferowania. I choć moja żona uwielbiała sagi islandzkie, cenione średniowieczne opowieści o wikingach, to nawet mimo jej nalegań nigdy nie otworzyłem żadnej z tych wspaniałych książek – mówi reżyser Robert Eggers. Zmienił zdanie, gdy w 2015 r. wyruszył z żoną na Islandię, która zainspirowała go majestatyczną przyrodą.


– Od razu wyobraziłam sobie samotne postacie na koniach z X wieku, przytłoczone nadnaturalnymi kolorowymi górami, lodowcami i nieskończonym niebem. Było w tym coś z żywiołów i pierwotności, które wyłaniały się z tych krajobrazów. Wtedy zacząłem myśleć o wikingach, dowiadywać się, co naprawdę się działo w pierwszych dziesięcioleciach X wieku w Skandynawii. A jednocześnie zwracałem uwagę na reinterpretacje i te elementy, które w ciągu następnych tysiącleci przypisywano kulturze wikingów – opowiadał reżyser w jednym z wywiadów.

Ingvar Sigurðsson w roli Czarnoksiężnika, kadr z filmu „Wiking”


Ingvar Sigurðsson w roli Czarnoksiężnika, kadr z filmu „Wiking”

Fot.: Materiał prasowy



Inna wersja Hamleta


Ze Skarsgårdem skontaktował go znajomy producent. Już po pierwszym spotkaniu wiedzieli, że chcą tego samego. – Współczesna telewizja, filmy i gry wideo przedstawiają mitologię wikingów i tamtą kulturę w sposób romantyczny i jednocześnie tak, aby wyglądała krzykliwie i cool. W oczach opinii publicznej wiking przypomina raczej gwiazdę rocka z filmów science fiction niż dawną kapłankę, wojownika czy królową. Chcieliśmy na nowo zdefiniować ten wizerunek i nadać mu realistyczny charakter – przekonywał Eggers.


Do pracy zaangażowali specjalistów: archeologów, historyków, kulturoznawców, którzy sprawdzali każdy detal produkcji – od wiarygodności scenariusza napisanego przez islandzkiego poetę Sjóna po scenografię i kostiumy. Mistrzem broni był Tommy Dunne, który pracował przy „Grze o tron”. W „Wikingu” miał wykonać ręcznie broń, według naukowych źródeł. Wszystko musiało się zgadzać – wymiary mieczy i toporów, rodzaj drewna w rękojeści, styl kucia metalu.


To Sjón zaproponował, żeby historia koncentrowała się na postaci Amletha wywiedzionej ze średniowiecznej legendy skandynawskiej, którą inspirował się Szekspir, gdy tworzył opowieść o Hamlecie, księciu Danii.


Widział w niej pretekst do opowiedzenia o przeznaczeniu, niemożliwym do oszukania fatum, co pozwalało na zespolenie ze sobą świata materialnego i duchowego. W filmie sekwencje snów i transu mieszają się ze scenami naturalistycznymi. Momentami trudno je od siebie oddzielić, ale twórcy podkreślają, że taki był cel, bo – ich zdaniem – wikingowie funkcjonowali pomiędzy tymi dwoma światami.


Jest X wiek. Amletha poznajmy jako chłopca, który pod okiem ojca właśnie przechodzi rytuał stawania się mężczyzną. Wejście w dorosłość skutecznie zakłóca stryj, który bezpardonowo morduje swojego brata – ojca Amletha. Bohater poprzysięga zemstę. Przeskok w czasie prowadzi nas do momentu, kiedy rozpoczyna realizację swojego przyrzeczenia.


I choć wątki w dużej mierze pokrywają się z tym, co jest u Szekspira, trudno o bardziej skrajne w nastroju opowieści. Chucherkowaty Hamlet, zajęty myśleniem głównie o sobie, jest antytezą Amletha, żądnej krwi bestii, bezlitosnej maszyny do zabijania, człowieka pozbawionego wyrzutów sumienia i gotowego na wszystko, byle tylko osiągnąć cel.


Zapomnijcie o patetycznych mowach rodem z Hollywoodu, które mają uzasadnić wyruszenie bohatera z mieczem do boju. Tutaj nikt się z niczego nie tłumaczy – ani z zabijania, ani z niewolnictwa, ani z poniżania innych. Twórcy nie patrzą na przeszłość z perspektywy teraźniejszości, co pozwoliłoby im bohaterów rozgrzeszyć i może nawet z nimi sympatyzować. Amleth na naszą sympatię nie liczy. Jemu przyszło żyć w świecie, gdzie trzeba być egoistą i liczyć wyłącznie na siebie.


Wcielający się w niego Skarsgård po raz kolejny udowadnia (wcześniej zrobił to choćby w świetnych „Wielkich kłamstewkach”, gdzie wcielił się w damskiego boksera), że jest równie przekonujący, gdy gra uwodzących czarusiów, jak bohaterów pozbawionych moralności i ludzkich odruchów. Na potrzeby tej roli gwiazdor przeszedł morderczy trening, który pozwolił mu upodobnić się do prawdziwego wojownika.


Pod okiem Magnusa Lygdbäcka, słynnego szwedzkiego trenera fitnessu (pracowali już razem nad sylwetką aktora do roli w „Tarzanie”), dokonał niezwykłej przemiany. – Chcieliśmy, żeby Alex był tym razem grubszy, miał więcej tkanki tłuszczowej niż Tarzan i większe ramiona – opowiadał Lygdbäck. – Ponieważ jego Amleth jest hybrydą wilka i niedźwiedzia z legendy o wikingach, chcieliśmy, aby Alexander mógł poruszać się płynnie podczas walki na miecze i topory, ale jednocześnie miał imponujące rozmiary – tłumaczy.


Efekt robi wrażenie – mający 194 cm wzrostu Skarsgård wygląda na ekranie jak wykreowany komputerowo. Zwłaszcza że w popisowo zainscenizowanych scenach walk wspina się na mur fortecy, skacze po dachach i pływa w lodowatej wodzie. Aktor nie chciał słyszeć o dublerach ani komputerowym retuszu. Jego bohater miał być jak najbardziej prawdziwy. Skarsgård w tej roli odchodzi od psychologizowania, nie hamletyzuje, podąża za instynktem, czego nie próbuje nawet ukrywać.


I choć historycy zgodnie mówią, że twórcy odrobili lekcję, to jednak trudno nie zżymać się na przedziwny zabieg językowy. Hollywoodzkie gwiazdy (obok Szweda grają tu Ethan Hawke, Anya Taylor-Joy, przechodząca samą siebie, drapieżna Nicole Kidman i niewidziana od 15 lat na ekranach Björk) mówią po angielsku, ale z twardym akcentem imitującym Skandynawów.


Jak na „Wikinga” zareagowali Szwedzi? Dumą. Pierwszy publiczny pokaz odbył się w Sztokholmie, a nie w Los Angeles, pojawił się na nim Alexander Skarsgård, który chętnie udzielał wywiadów.


To w końcu jak to jest z tymi wikingami: chcemy ich dzikich i nieokiełznanych czy cywilizowanych i z zasadami? Reżyser Robert Eggers twierdzi, że tych pierwszych, bo w takim wizerunku wojowników możemy się w dzisiejszych, niespokojnych czasach łatwiej przejrzeć.


– Wydaje się, że ludzkość nigdy się nie zmieni. Może właśnie dlatego ciągnie mnie do przeszłości? Jest ona ciemnym i odległym zwierciadłem nas samych – dodaje reżyser.


Czytaj też: Keanu Reeves mówi nie gwiazdorstwu. Pobiera taką pensję, jak anonimowi aktorzy, jeździ metrem, jada w fast-foodach



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close