News

Operacja „Nisko”, czyli próba generalna Holokaustu – Historia



Czytaj też: Co jadł Adolf Hitler i dlaczego testowanie jego jedzenia było koszmarem?



Gauleiter chce się wykazać


– Dopatrywano się wielu powodów, dla których to właśnie Szczecin stał się miejscem pierwszych, prowadzonych na tak szeroką skalę, wysiedleń – napisała Magdalena Dźwigał ze szczecińskiego IPN. – Do kluczowych należały zapewne przesłanki wojenno-ekonomiczne (…) Niebagatelne znaczenie miały tu również osobiste ambicje gauleitera Pomorza i naczelnego prezydenta Prowincji Pomorskiej Franza Schwede-Coburga. To właśnie on jako pierwszy chciał się wykazać przed Führerem „oczyszczeniem” swojej prowincji z Żydów.


Takie masowe przesiedlenia pomorskich Żydów ze względu na „istnienie pilnej potrzeby wykorzystania zajmowanych przez nich mieszkań do celów związanych z gospodarką wojenną” Reinhard Heydrich, szef Głównego Urzędy Bezpieczeństwa Rzeszy, zapowiedział w przemówieniu wygłoszonym 30 stycznia 1940 r. Jak podaje prof. Eryk Krasucki z Uniwersytetu Szczecińskiego, Szczecin potrzebował wolnych mieszkań dla wykwalifikowanych pracowników uruchomionej ponownie stoczni Stettiner Vulcanwerft, która rozpoczęła produkcję okrętów na potrzeby niemieckiej marynarki wojennej, oraz budowanej w Policach strategicznej dla wojennej gospodarki Niemiec Hydrierwerke Pölitz – fabryki benzyny syntetycznej. W Szczecinie zamierzano rozlokować Niemców ewakuowanych z krajów bałtyckich oraz Galicji i Wołynia. Na przełomie 1939 i 1940 r. miało ich przybyć około 23 tys.


Prof. Krasucki przekonuje, że o ile akcja szczecińska z 12/13 lutego 1940 r. była pierwszą zorganizowaną deportacją obywateli niemieckich z terenu starej Rzeszy, to wysiedlenia Żydów z obszarów wcielanych bezpośrednio do Rzeszy Niemcy organizowali już wcześniej.


Pierwsze było Nisko nad Sanem. O wyborze tego miejsca zdecydował Adolf Eichmann, szef Centralnego Urzędu Rzeszy ds. Emigracji Żydów i pełnomocnik kierującego gestapo Heinricha Müllera. Znalazł je, jak podaje prof. Krasucki, „w ciągu kilkunastu październikowych dni”. Miał to być eksperyment, służący „zdobyciu doświadczenia, aby można było przeprowadzić deportacje na znacznie większą skalę”. 17 października 1939 r. z Ostrawy wyruszył do Niska pierwszy transport (916 mężczyzn). Trzy dni później kolejne pociągi wyjechały z Wiednia (875 osób) i Katowic (1029 osób). W pierwszym etapie plan ten zakładał pewien margines dowolności w podjęciu decyzji o wyjeździe. „Godzącym się na przesiedlenie obiecywano bowiem stworzenie miejsca autonomicznego, z własnym samorządem, w którym będą mogli sobie zorganizować lepsze życie, gdzie zniknie dyskryminacja związana z rozwiązaniami prawnymi wprowadzonymi w ostatnich latach w Rzeszy, czyniącymi z Żydów obywateli drugiej kategorii” – napisał szczeciński historyk w wydanej w 2018 r. książce „„Historia kręci drejdlem. Z dziejów (nie tylko) szczecińskich Żydów”. Strażnicy z Schutzpolizei mieli rozkaz strzelania do każdego, kto próbowałby uciec z transportu.


Operację „Nisko” przełożeni Eichmanna uznali za eksperyment udany. On sam awansował do centrali Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeczy w Berlinie.



Plan precyzyjny


„Przez Twojego kreisleitera zostałeś wybrany do wzięcia udziału w ważnej akcji. Zaistniała możliwość uczynienia Rejencji Szczecińskiej wolną od Żydów” – napisano we wstępie specjalnej instrukcji, przygotowanej dla członków NSDAP dla przeprowadzenie utrzymanej w ścisłej tajemnicy akcji deportacyjnej.


Instrukcja była bardzo dokładna. Do mieszkań żydowskich należało wkroczyć z nakazem natychmiastowego przygotowania się do wyjazdu na wschód o godz. 20 12 lutego 1940 r. Każdy Żyd musiał zabrać ze sobą dokumenty paszportowe, a jeśli ich nie miał – dwa zdjęcia (mogły być wycięte z albumów rodzinnych). Samych deportowanych też należało oznaczyć, wieszając na szyi tabliczkę z imieniem, nazwiskiem i datą urodzenia. Najpóźniej o godz. 3 13 lutego przyjechać powinno auto, którym deportowani mieli być przewiezieni na Breslauer Bahnhof na Łasztowni. Należało się upewnić, czy w opuszczanym mieszkaniu „wygaszony został ogień w piecu, czy światło elektryczne, gaz i woda zostały wyłączone, a okna zamknięte”. Przy kluczu, którym zamykano mieszkanie, musiała pojawić się kartka informacyjna. Mieszkania opieczętowywano.

Kenkarta Leo Steinberga zachowana w Archiwum Państwowym w Szczecinie


Kenkarta Leo Steinberga zachowana w Archiwum Państwowym w Szczecinie

Fot.: ARCHIWUM PAŃSTWOWE W SZCZECINIE


Szczególną uwagę należało zwrócić na przedmioty wartościowe. Biżuterię, pieniądze, obligacje, złoto, platynę, akcje, inne papiery wartościowe trzeba było włożyć do torby, walizki lub poszewki na poduszkę. Wszystko winno być spisane na powielonej w trzech egzemplarzach, bardzo szczegółowej liście: „ile małych srebrnych łyżeczek, ile dużych srebrnych łyżek, ile srebrnych i złotych pierścionków, ile i jakie oszczędności na książeczkach bankowych itd.” – pisze prof. Krasucki.


Zobacz też: „Dyktator”. Jak Chaplin wykpił Hitlera


Na ten ostatni element zwracano w instrukcji szczególną uwagę: „Musisz być bardzo uważny, aby Żyd z całą pewnością wpisał w oświadczeniu wszystko, co ma”. Niemcy chcieli wiedzieć o wszystkim: o długach, o stanie kont bankowych, o hipotekach, nakazywano również przepytać deportowanych o wartościowe przedmioty, zarówno jawne, jak i ukryte: w ścianach, stołach, szafach czy gdziekolwiek indziej.


Nakazana była też dbałość: „Upewnij się, że arkusz jest wypełniony przejrzystym i czytelnym pismem, jeśli Żyd nie może go wypełnić poprawnie, zrób to za niego. Kwestionariusz jest niepełny bez podpisów twojego i Żyda”.


Zaskoczonym szczecińskim Żydom pozwolono zapakować do niedużej walizki jeden kubek, sztućce, butelkę, ubrania i bieliznę. Medycy uzyskali zgodę na zabranie apteczki z lekarstwami i materiałami opatrunkowymi. Za dopuszczalne uznano, by deportowani zabrali ze sobą jeden lub dwa koce oraz mogli założyć dodatkową odzież w postaci podwójnej bielizny i dwóch płaszczy.



Koszmarna podróż


Andrzej Kotula, publicysta, badacz historii szczecińskich Żydów, odnalazł opis przebiegu deportacji, opublikowany już 17 lutego 1940 r w duńskim dzienniku „Politiken”: „Między 3 i 4 rano, 13 lutego, Żydzi, kobiety i dzieci, niezależnie od ich wieku i stanu zdrowia, zostali przez dwa oddziały SS i SA zabrani ze swoich domów i przewiezieni na dworzec towarowy, skąd we wczesnych godzinach porannych we wtorek deportowano ich do wschodniej Polski. Wywiezieni zostali wówczas także mieszkańcy dwóch żydowskich domów opieki w Szczecinie, około 82 osób, w tym kobiety i mężczyźni powyżej 90 lat (…). Ponieważ nie byli oni w stanie samodzielnie iść, na dworzec towarowy dostarczono ich na noszach. (…) Już w czasie podróży przez Piłę (Schneidemühl), około 24 godzin po wyjeździe, trzeba było wynieść pierwsze zwłoki. Najpierw było to ciało kobiety, później ciała dwójki dzieci. Byli też inni zmarli, o czym krzyczano z okien wagonów do personelu stacji kolejowej”. Szczegółową relację z deportacji opublikował również berliński korespondent szwajcarskiej „Neue Zürcher Zeitung”.


– Załadowano ich do nieogrzewanych wagonów IV klasy. Czekali w nich wiele godzin na Żydów aresztowanych w innych miastach prowincji. A były to wyjątkowo mroźne noce. Jak odnotowano Odra zamarzła tamtej zimy aż do samego dna – mówił w lutym 2020 r. prof. Paweł Gut podczas spotkania „Zachowani w kenkartach – 80. rocznica deportacji Żydów ze Stettina” przygotowanego przez Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce w Książnicy Pomorskiej w Szczecinie. Tergo wieczoru otwarto również wystawę „Obecność Nieobecnych”. Jak podał prof. Paweł Gut, aresztowano tamtej nocy 1200 osób z 27 miejscowości, w tym 846 z samego Szczecina. Pokonanie 700 kilometrów, jakie dzielą Szczecin od Lublina, zajęło im aż trzy dni. Na pokonanie 180 kilometrów do Piły potrzebowali 24 godzin. Ani razu stłoczonym w wagonach więźniom nie dano wody. Zmarło w trakcie tej podróży 71 osób. Erich Mosbach wspominał: „Ponieważ podczas całej podróży nie było kropli wody przez cztery dni, można sobie tylko wyobrazić nasze położenie. Mieliśmy już pierwszych zmarłych i pierwszych obłąkanych”.


Wraz z Żydami do transportów wsiadło 20 osób określonych mianem „Aryjczyków”. Byli to krewni, a najczęściej małżonkowie, którzy nie chcieli rozstać się ze swymi życiowymi partnerami i dziećmi.


16 lutego 1940 roku pociąg dotarł do Lublina. Stamtąd deportowani musieli iść do nowych miejsc pobytu pieszo, 20-30 km, w temperaturze sięgającej nawet minus 30 stopni. Stan części z nich był krytyczny – w szpitalu w Lublinie odnotowano tego dnia śmierć 10 przybyłych ze Szczecina osób. W ciągu pierwszego miesiąca zmarło około 80 osób ze szczecińskiego transportu. Listy umarłych regularnie przesyłano do prezydenta rejencji w Szczecinie.


W Lublinie przybyłymi zajął się tamtejszy Judenrat. Lubelscy Żydzi przyjęli deportowanych do swoich mieszkań, część ulokowano w stodołach i stajniach. Oprócz warunków, w jakich przyszło mieszkać wysiedleńcom (nawet po 11 osób w jednej izbie), największym problemem okazał się brak środków utrzymania. Żydzi szczecińscy pozbawieni byli praktycznie swojego bagażu – wagony z walizkami zostały odczepione przez nazistów gdzieś w drodze do Lublina. Na miejscu, w sytuacji bardzo ostrej zimy, ludzie ci byli pozbawieni praktycznie wszystkiego i żyli tylko z tego, co dostali lub co przysłali im z Niemiec krewni i znajomi. Nie pracowali, więc nie byli nawet w stanie na siebie zarobić. Wyprzedawali nieliczne rzeczy osobistego użytku lub to, co dostali w paczkach. Płaciło się praktycznie za wszystko.


Jednak do maja 1940 r. żyli – jak na tamte realia – w miarę spokojnie. Odprawiane były nabożeństwa, osoby wykształcone wzięły w swoje ręce nauczanie dzieci, odbywały się wykłady i zajęcia muzyczne, wychodziła nawet – sporządzana ręcznie gazetka. Docierały poczta i paczki z pomocowej organizacji JOINT z Ameryki.


Jak podaje Magdalena Dźwigał: „Deportowani Żydzi mogli kontaktować się ze swoimi bliskimi w Niemczech. Ich opublikowane po wojnie listy zawierają przejmujące relacje ludzi pozbawionych nie tylko rzeczy materialnych, ale i odartych z godności, walczących już tylko o przetrwanie”.


Z protokołu Reichsvereinigung z 15 lutego 1940 roku wynika, że ze Szczecina wysiedlono 1025 osób. Jest to jednak lista niepełna. Rzeczywistą liczbę osób deportowanych 13 lutego 1940 roku ustalono na podstawie spisów wykonanych przez Judenrat w Lublinie w lutym 1941 roku. Lista zawiera nazwiska 1125 osób oraz odręczne uzupełnienia (wprowadzane do maja 1942). Po uwzględnieniu podwójnych wpisów oraz faktu, że czworo dzieci urodziło się już w Lublinie, na liście pozostają nazwiska 1107 deportowanych. Tę liczbę uznaje się za najbardziej wiarygodną.


W szczecińskim archiwum państwowym odnaleziono kenkarty wszystkich deportowanych. Znamy ich imiona, nazwiska, daty urodzenia. Możemy zobaczyć ich twarze. Utrwalono nawet odciski ich palców.


Spośród deportowanych w lutym 1940 r. pomorskich Żydów wojnę przeżyło kilkunastu. Profesor Gut mówił o 19 osobach. Znane są nazwiska 12 z nich.



Wprawką było Nisko


Niekiedy mówi się o „próbie generalnej Holokaustu”. Hannah Arendt napisała, że to „rodzaj sprawdzianu, eksperyment z zagładą”. Użyła też słowa „wprawka”. Prof. Eryk Krasucki ma wątpliwości: „Czy Hannah Arendt miała rację, pisząc o szczecińskiej deportacji Żydów jako o ‘wprawce’, tworząc jednocześnie u czytającego ‘Eichmanna w Jerozolimie’ wrażenie, że mamy oto do czynienia z wydarzeniem bezprecedensowym i szczególnie znaczącym? Wydaje się, że najważniejszym powodem, dla którego można mówić o wyjątkowości akcji z lutego 1940 roku, jest fakt, że po raz pierwszy doszło do deportacji Żydów pochodzących ze starej Rzeszy, a więc będących de facto i de iure obywatelami państwa niemieckiego. Do tej pory, nawet jeśli wysiedlano Żydów z obszarów wcielanych bezpośrednio do Rzeszy – Wiedeń, Ostrawa, Katowice, Kraj Warty – nie dochodziło do złamania pewnej bariery psychologicznej. Nagle wydarzyło się coś, co do pewnego momentu było trudne do pomyślenia. Oto w ciągu kilku godzin ze statecznego mieszczańskiego otoczenia zniknęli ludzie, którzy od dziesięcioleci byli jego integralną częścią (…) ‘Wprawką’ było Nisko, to bez wątpienia. O szczecińskiej deportacji przesądziła raczej pragmatyka wynikająca z potrzeb gospodarki wojennej (konieczność zwolnienia mieszkań dla specjalistów lub/i ‘repatriantów’ z krajów bałtyckich). Zupełnie nie dbano o to, co się z deportowanymi Żydami stanie. Żadna planowa polityka w odniesieniu do nich na terenie Generalnego Gubernatorstwa nie była prowadzona”.


Do jesieni 1941 r. wywieziono z terenu starej Rzeszy pozostałych Niemców narodowości żydowskiej. 12 marca 1940 r. wysiedlono 165 Żydów z Piły, w październiku 1940 roku wywieziono do obozu Gurs we Francji ponad 6500 Żydów z Badenii i Palatynatu, w lutym 1941 r. niemieckich Żydów z Wiednia i Gdańska.


Korzystałem z:


Prof. Eryk Krasucki „Historia kręci drejdlem. Z dziejów (nie tylko) szczecińskich Żydów”. Wydawnictwo Księży Młyn, Łódź 2018.


Magdalena Dźwigał, „Pierwsza deportacja niemieckich Żydów do GG”, IPN Szczecin


Komunikat prasowy przygotowany przez Andrzeja Kotulę i Joannę Kościelną z okazji 75. rocznicy deportacji szczecińskich Żydów (13.02.2015)


Wykład prof. dr. hab. Pawła Guta „Żydzi Stettina i ich deportacja w 1940 r.” (Książnica Pomorska, 13 lutego 2020)


Czytaj więcej: Hitler zgromadził olbrzymią fortunę. Ile byłaby warta dziś?



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close