News

Andrzej Szwan, czyli Lulla la Polaca. Kim jest najstarsza polska drag queen? – Społeczeństwo



Drag queen, czyli osoba, która w ramach scenicznej osobowości i występów estradowych ubiera się często jak ktoś innej płci. Zazwyczaj w sposób prowokacyjny, artystycznie przerysowany.


Siedzimy z Lullą w kawiarni w Nowym Teatrze, gdzie za dwie godziny będzie premiera książki Jakuba Wojtaszczyka „Cudowne przegięcie”. Andrzej jest jednym z jej bohaterów. Teraz raczy się kieliszkiem prosecco i pokazuje mi przyniesioną ze sobą biżuterię. Tuż przed spotkaniem założy kolczyki i naszyjnik z perłami.


– Piękne, co? – pyta, przesuwając kolczyki po stole w moją stronę. Rozgląda się po sali: – Tutaj, w tym otoczeniu, nikogo to nie poruszy. Jednak w metrze już bym się bała je założyć – podkreśla Andrzej.



Pośród huku bomb i gestapowców


Raz zdarzyło się jej wracać do domu z wydarzenia w „dragowym” makijażu, bo nie miała czasu go zmyć. Na szczęście nie została sama w tej sytuacji. Zaprzyjaźniona stylistka Mikaela Sandell wróciła z nią metrem. Pożyczyła mu okulary przeciwsłoneczne, mimo ciemności grudniowego wieczora. – Tak było bezpieczniej – wyjaśnia Andrzej.


Zastanawia się, dlaczego musi się bać w tym kraju – w swojej ojczyźnie: – Czy ja robię komuś krzywdę, kiedy się pomaluję albo założę jakieś gadżety? Czy naprawdę z tego powodu muszę się bać, że ktoś na ulicy mnie pobije lub rzuci ordynarnym „sp**laj pedale”? Czy ja jestem inny od tej pani, co podawała ci właśnie z baru croissanta, albo od aktorów, którzy grają w tym teatrze?


On nie chce się już bać. Przeżył aż za dużo strachu i lęku. Jako dziecko trafił z rodziną do getta warszawskiego. Nie wiem, jak i dzięki komu, ale został uratowany – ktoś go przerzucił przez mur. Rodziców nie pamięta, ale trafił do siostry swojego ojca i jej męża. Stali się dla niego opiekunami z prawdziwego zdarzenia. Bardzo ich kochał. Bał się o „nowego” ojca, którego właściwie nie było, bo czas spędzał na konspirowaniu w Armii Krajowej. Andrzej nie do końca był w stanie objąć umysłem to, co się działo, ale ten strach zapamiętał.


Gdy miał niecałe sześć lat, wybuchło powstanie warszawskie. – Niby trwało tylko 63 dni, ale dla małego chłopca to było ogromne przeżycie. 63 dni chowania się w piwnicy przy lampie karbidowej, pośród huku bomb i Niemców, którzy co chwila zaglądali do domu – opowiada Andrzej.


Czuł przerażenie, gdy ojciec zawołał go kiedyś do okna i patrzyli, jak stukas nurkuje nad placem Napoleona i bomba uderza w drapacz chmur ówczesnej Warszawy, gmach Towarzystwa Ubezpieczeniowego Prudential.


Pamięta też, może to już było po wojnie, wielki lej po bombie, w którym zamarzła deszczówka i zmienił się w ślizgawkę dla dzieci.


– Ten lęk, który czuję teraz, jest inny. Łączy się ze złością na to, że wyklucza mnie się z kraju, w którym miałem dziadków i rodziców – wyjaśnia Andrzej.



Zabawa w przebieranki


W czasach, jak mówi, „szarej PRL-owskiej i gierkowskiej rzeczywistości” też trzeba się było bać. Szczególnie gdy w latach 80. trwała „akcja Hiacynt”, czyli zbieranie „teczek” i obciążających materiałów na gejów, zorganizowana przez komunistyczną Milicję Obywatelską. Homoseksualni mężczyźni byli wtedy zatrzymywani, przesłuchiwani.


Życie towarzyskie osób homoseksualnych w stolicy kwitło, choć często w ukryciu


A Andrzej nigdy specjalnie nie krył się ze swoją orientacją.


Na szczęście nie było go wtedy w kraju. Pracował na kontraktach w Libii i Iraku. Służba Bezpieczeństwa namawiała go zresztą, by w Libii służył za ich wtyczkę i dostarczał informacji. Szwan odmówił. Odległość nie zmniejszała lęku. Martwił się o żyjących w Warszawie przyjaciół.

Lulla La Polaca


Lulla La Polaca

Fot.: Marek Zimakiewicz / Newsweek


Gdy wrócił do Polski, okoliczności wciąż utrudniały bycie sobą. Istniały restauracje, w których spotykali się geje: Alhambra, Lajkonik, Amatorska, Bar Kopciuszek. Chodziło się też „na grzybki”, czyli do publicznych toalet bez kabin. Geje spotykali się tam na seks.


W wywiadzie dla „Repliki” Andrzej opowiadał, że nigdy nie było wiadomo, kto się zatrzyma na tę nietypową randkę. Czy pójdą w ustronne miejsce, czy jak mówi Lulla, „bezpośrednio cię złapie, że tak powiem, za narząd i powie: idziemy w krzaki!”. Ta niepewność bywała dla niego „rajcująca”.


Życie towarzyskie osób homoseksualnych w stolicy kwitło, choć często w ukryciu. Ale klubów czy scen, na których można by zobaczyć drag queen, nie było.


– Dlatego na „zabawę w przebieranki”, jak to nazywaliśmy, spotykaliśmy się w prywatnych mieszkaniach. Moja przyjaciółka Zosia wymyśliła mi wtedy pseudonim „Luna Kobieta Księżycowa” – wyjaśnia Andrzej.



Imieniny z pompą


Lulla pojawiła się dopiero w 2012 roku. Chociaż Szwan uważa, że była w nim zawsze. Nie ma Andrzeja bez Lulli i Lulli bez Andrzeja. Do wejścia na scenę dragu namówiła ją nieżyjąca już ikona polskiego dragu – Kim Lee.


– Poznałam Kima przypadkiem, występ w „pełnym dragu” nie odbył się na wielkiej scenie. To było towarzyskie spotkanie z okazji jego imienin. Kim wymyśliła, że nazwie je „Lulla Show”.


Imieninowe występy stały się coroczną tradycją. Wstęp na nią miały tylko zaproszone osoby, co sprawiało, że Lulla długo pozostawała nieznana szerszej publiczności.


Jak czytamy w „Cudownym przegięciu” Jakuba Wojtaszczyka, „Lulla, zanim zaczną interesować się nią media i osoby artystyczne, w nieheteronormatywnej Warszawie funkcjonuje na zasadzie anegdoty. Podobno jest ktoś taki, kto raz w roku, w andrzejki, za zamkniętymi drzwiami mieszkania znajomych wyprawia z pompą imieniny”.


W końcu jednak Lulla, chociaż długo się wzbraniała, weszła na scenę. W pięknych sukniach, niebotycznych szpilkach i z profesjonalnym makijażem. – Sam nie potrafię się malować i już się tego nie nauczę. Tę sztukę na twarzy wykonuje mi wizażystka Ania Czyżykiewicz – wyjaśnia.



„Nie oczekuję Adonisa”


Teraz Lulla jest rozpoznawalna: wystąpiła w kilku reklamach czy w teledysku do utworu Miuosha i Katarzyny Nosowskiej „Klucze” oraz piosenki Ralpha Kamińskiego „Tato”. Niebawem spełni się też jej marzenie, które nosiła ze sobą od czasu szkoły średniej, gdy nieskutecznie próbowała dostać się na studia aktorskie do PWST. Lulla stanie u boku profesjonalnych aktorów na deskach Teatru Powszechnego w spektaklu „Orlando. Biografie”.


O swoim doświadczeniu dragu i życia opowiada w nagradzanym filmie dokumentalnym na jej temat. To „Boylesque” Bogny Kowalczyk. Dokument, który powstawał pięć i pół roku, opowiada o tym, co dzieje się w życiu Andrzeja obecnie i o miłości. Ta druga jest dla niego szczególnie ważna. Dlatego jest aktywny na portalach randkowych.


– Niestety, te aplikacje to głównie bajkopisarstwo. Bo jak do mnie pisze jakiś mężczyzna, że mu się podoba mój profil, rozmawiamy, umawiamy się na kawę, a potem przychodzi zupełnie inny człowiek niż na zdjęciach, które miał na profilu, to jak to nazwać? – opowiada.


Nie chodzi mu o to, żeby ktoś, z kim się umawia, wyglądał jak Adonis. Dobrze, żeby mieli o czym porozmawiać i łączyła ich nić porozumienia. Kiedy ktoś jednak oszukuje od samego początku, to dla Andrzeja marnowanie czasu i lekceważenie.


Lulla podnosi głos: – Jak już zajmujemy sobie godziny, to bądźmy chociaż uczciwi. Bo jak mówiła moja matka: „portki łatane i małżeństwa swatane, to wszystko jest do dupy”.

lulla3


lulla3

Fot.: Marek Zimakiewicz / Newsweek



Nie tylko rozczarowania


W „Boylesque” jesteśmy świadkami sceny, gdy Andrzej idzie na spotkanie z portalu i jego randka nie dociera na miejsce. Jest zły i nie ucieka od tych emocji. Reżyserka Bogna Kowalczyk mówi, że obserwowanie, jak Szwan radzi sobie z takimi zdarzeniami, było inspirujące.


– Widziałam, że Lulla nie boi się zostać chwilę w tych trudnych emocjach. Pozwala, by rozczarowanie przez nią przepłynęło. A potem odpuszcza, idzie na spacer, potańczyć. Robi to tak, jak by zalecali w podręczniku do mindfulness – zmienia to, na co ma wpływ, puszcza to, na co nie ma, zręcznie nawigując pomiędzy tymi dwoma stanami – opowiada Kowalczyk.


I dodaje: – Na początku się przeciw temu buntowałam, bo mam ochotę od razu stanąć za sobą w takich sytuacjach, czyli walczyć. Ale potem zrozumiałam, że pozwolenie sobie na przeżycie tych emocji jest niezwykle dojrzałe i mądre.


Portale to nie tylko rozczarowania. Poznał tam dwie osoby, z którymi przyjaźni się już 5-6 lat. – Spotykamy się porozmawiać na kawie. Oni mają żony i tak żyją stłamszeni. Ja bym nie mógł tak się męczyć i jeszcze oszukiwać wybrankę – mówi.



Naturalna sprawa


Czasem ludzie go pytają, czy nie ma dość – tak się spotykać, na randki chodzić, występować na scenie. – Nie mam. Robię tyle, ile mogę, dopóki mogę. Inaczej mógłbym siedzieć tylko na marnej emeryturze, a tak? I nie chodzi o pieniądze, bo z dragu są w Polsce grosze. Tylko o spotkania z ludźmi, o radość i przyjaźnie – mówi Andrzej.


To po prostu ważne. Być i się pokazywać. Widzi, że młodzi chcą z nim rozmawiać, że jest dla nich ważnym świadkiem historii i postacią. Podchodzą do niego chociażby na paradach równości. Sprawia mu radość, gdy widzi wielu roześmianych młodych, w tęczowych koszulkach i z tęczową flagą.


– Mają szansę doświadczyć tego, co mi nie było dane, gdy byłem w ich wieku. To cudowne, że są mną zainteresowani i tym, co się działo, kiedy ich, albo nawet ich rodziców, nie było jeszcze na świecie – podkreśla. Raduje go, że chociaż teraz może mieć tyle tej tęczy.


Andrzej nigdy specjalnie nie krył się ze swoją orientacją.


Cieszy się z tego, co jest, stara się nie rozdrapywać tego, co było. Jest z losem pogodzony. Tak jak ze śmiercią. Dla niego to takie samo wydarzenie jak narodziny, dorastanie, dorosłość. Etap, w którym musimy się ze światem pożegnać. Naturalna historia.


Film Kowalczyk zaczyna się od sceny, w której Andrzej zamawia urnę, w której po śmierci zostaną złożone jego prochy. Chce taką w kształcie buta – wysokiej, eleganckiej szpilki. Pan w domu pogrzebowym mówi, że to nie będzie łatwe i trochę potrwa. Lulli się nie śpieszy. Poczeka. Najważniejsze, że w ostatnią drogę uda się w zgodzie ze sobą. I będąc sobą.



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close